„Twoja obecność daje dziecku moc”
„Twoja obecność daje dziecku moc” – to jedno z wielu haseł, które przyświeca tegorocznej edycji kampanii społecznej „Dzieciństwo bez przemocy”, organizowanej przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę i Krajową Koalicję na Rzecz Ochrony Dzieci.
Każdy człowiek potrzebuje drugiego człowieka, choć mogłoby się wydawać, że istnieją ludzie którym nie zależy na kontaktach z innymi. Mówi się o nich, iż są samotnikami. Ciężko mi w to uwierzyć patrząc z perspektywy moich doświadczeń. Ktoś kto obserwował mnie z boku mógł sądzić, że nie potrzebuję nikogo. Miałam swój świat i swoje zabawki – to pozornie mi wystarczało. Posiadałam opinię odludka. Nie było jednak prawdą, że nie potrzebowałam niczyjej obecności w swoim życiu. Potrzebowałam. Nawet pragnęłam jej. Nie potrafiłam jednak skutecznie wysyłać sygnału, że chcę bliskości. Byłam dzieckiem autystycznym, ale czy to jest aż tak istotne? Myślę, że nie.
Każde dziecko, bez wyjątku potrzebuje osoby, która będzie z nim na dobre i złe. Nie oznacza to jednak, że musimy być ze sobą w każdej minucie życia, bo tak się nie da. Każdy ma swoje obowiązki do wykonania, potrzebuje chwil tylko dla siebie, czasu na swoje pasje i realizowanie ambicji, momentów na bycie tylko z własnymi myślami.
Czym zatem jest autentyczna obecność? Z całą pewnością to stan, który nie przytłacza a daje pewność, że w chwilach, kiedy tego najbardziej potrzebujesz ktoś podniesie głowę znad telefonu i wysłucha twoich obaw albo będzie dzielić z tobą radość, gdy wreszcie uda ci się zawiązać sznurówki. To ktoś, kto cię nie wyśmieje, kto przytuli i pocieszy, kto uratuje, gdy przyśni ci się zły sen.
Prawdziwa obecność w życiu małego człowieka to dawanie mu poczucia bezpieczeństwa i pokazanie, że jest ważny. Zapewnienie, że bez niego było by nam pusto i smutno, a dzięki temu, że on istnieje – nasze życie jest pełne barw i ma sens.
Dawanie dziecku swojej obecności „w nagrodę” za dobre wyniki w nauce i za to, że było grzeczne jest totalnym nieporozumieniem. A karanie ciszą, brakiem uwagi, ignorowaniem za niespełnienie oczekiwań – wręcz niedopuszczalne. „Gdy jesteś taki, jakiego chcę cię widzieć – jestem, gdy nie sprostasz – nie ma mnie dla ciebie.” W ten sposób postępują nieodpowiedzialni dorośli, którzy sprawiają, że ich dzieci zamiast wzrastać kurczą się w sobie.
Bardzo często obserwowanym i smutnym zjawiskiem jest udawanie, bycia razem – czyli rodzinne siedzenie nad rzeczką, na kocyku z nosami przyklejonymi do ekranów. Oczywiście jest obecność cielesna, mamy kontakt z naturą i świeże powietrze, a nade wszystko dotkliwą ciszę, przecinaną dźwiękami powiadomień lub co najwyżej wspólnym ekscytowaniem się jakimś „niezwykle ważnym” bądź „śmiesznym” filmikiem. Taka obecność to (nie)obecność. To oszukiwanie siebie, że spełniło się obowiązek poświęcenia uwagi i czasu. A tak niewiele trzeba, żeby ten czas mógł być wartościowy w relacje. Można się przytulić i zamiast w telefon spojrzeć przed siebie, popatrzeć na nurt rzeki, poobserwować dzikie kaczki czy łabędzie, porozmawiać i pośmiać się z tego, co się widzi na żywo, rozejrzeć się dookoła, zobaczyć, jak mrówki tworzą swoją „autostradę”.
Pytania znad komputera albo sprzed telewizora: „Co tam w szkole?”, „Co u ciebie?” też nie mają znamion szczerości. Śledząc zawzięcie zainscenizowane losy wymyślonych bohaterów trudno jest wczuć się w prawdziwą historię własnego dziecka. Od lat zastanawiało mnie, co kieruje dorosłymi, którzy rzucają do swoich dzieci mimochodem „I co tam słychać?”, choć w rzeczywistości nie czuć tego, by chcieli w ogóle cokolwiek usłyszeć. Lata obserwacji ludzkich relacji doprowadziły mnie do przemyśleń, że niektórzy rodzice wcale nie są zainteresowani „co u ich dzieci”, ponieważ boją się, co one odpowiedzą. Łatwiej jest współczuć postaciom na ekranie niż sprostać tej wiedzy, że u ich dziecka może być naprawdę źle, a oni nie będą wiedzieli co z tym zrobić.
Ucieczka przed odpowiedzialnością w wirtualny świat nie ochroni przed trudami życia, a już na pewno nie jest sposobem na wychowywanie dzieci, które oddajemy w ręce obcych, anonimowych, przypadkowych ludzi – a nawet coraz częściej robotów – którzy dając im ułudę obecności i pełnej akceptacji manipulują nimi i wypaczają ich młodą, wrażliwą psychikę.
Dla mnie osobiście to jest obłęd i ja się pod tym nie podpisuję. Stanowczo mówię – STOP – brakowi równowagi pomiędzy fikcją a realnym życiem. Internet i jego narzędzia są nieodłącznym elementem funkcjonowania w XXI wieku, jednak nie zastąpią one całkowicie bycia ze sobą po ludzku.
Dla tych, którzy jeszcze się wahają – „mieć dziecko czy nie mieć, oto jest pytanie” – mam krótką odpowiedź. Dziecko nie jest maskotką – jeśli nie masz przestrzeni na to, by zapewnić mu swoją obecność, nie decyduj się na bycie rodzicem. Psa i kota też nie miej – to także czujące stworzenia, które potrzebują twojej miłości i uwagi.
Pluszową zabawkę postawisz na półce, przykryje ją kurz, zapomnisz o niej na rok, może dwa. Ona się nie poskarży, nie będzie też miała żalu. Dziecko jest żywe, nie możesz go „odłożyć” na później i dać mu z siebie wszystko dopiero wtedy, kiedy już pozbierasz się, ogarniesz, zrobisz karierę, posprzątasz, odpoczniesz. Ono nie może być tylko modnym dodatkiem do twojego życiorysu. To raczej lokata – ile na nią wpłacisz – tyle zaprocentuje. Życie nieubłaganie toczy się cały czas – nie zatrzyma się dla ciebie aż będziesz gotow_ kontynuować swoje rodzicielstwo. Dzieciństwo szybko minie, wiek nastoletni też, a to co najbardziej zostanie zapamiętane przez twoich najbliższych to czas, który nie tyle im poświęcił_ś, co z miłością z nimi spędził_ś.




