Witam wszystkich! Jestem Bartosz Jakubowski, mam obecnie prawie trzydzieści sześć lat i jestem z Warszawy. Od drugiego roku życia posiadam diagnozę spektrum autyzmu, a gdy byłem nastolatkiem, okazało się, że mam też OCD, czyli potocznie nerwicę natręctw. Od czterech lat jestem samorzecznikiem osób w spektrum autyzmu, z czego jestem naprawdę dumny biorąc pod uwagę moje dotychczasowe dokonania na tym polu. Wystarczy wejść na mojego Facebooka i/lub Instagrama, aby się o tym przekonać. Konsekwentnie wstawiam tam materiały z każdego eventu, na którym miałem niewątpliwy zaszczyt wystąpić jako prelegent. Generalnie moje zadanie jako samorzecznika polega na szerzeniu wiedzy o autyzmie, uświadamianiu ludzi na temat trudności z jakimi osoby z tą przypadłością się borykają i proponowaniu rozwiązań, które może nie uczynią życia takich osób idealnym, ale na pewno znacząco je ułatwią.
Tym razem postanowiłem wziąć udział w projekcie, który uważam za bardzo ważny i może dać obecnemu i przyszłym pokoleniom dzieciaków z autyzmem to, czego mi zabrakło, kiedy sam chodziłem do szkoły. Oto, czym mam zamiar się z Wami wszystkimi podzielić…
Ja w przedszkolu i pierwsze trzy klasy podstawówki.
Moja edukacja przypadła na lata 1994-2010. Tu muszę nadmienić, że przez długi czas nie wiedziałem, że mam autyzm, a o diagnozie dowiedziałem się od mamy na krótko przed szesnastymi urodzinami, kiedy chodziłem do III klasy gimnazjum (obecnie to byłaby I klasa liceum, ale wtedy były jeszcze gimnazja).
Jako, że bardzo cenię sobie chronologię, naturalnie zacznę od przedszkola. Przedszkole było integracyjne, gdyż już wówczas byłem tym z nielicznych szczęściarzy ze swojego pokolenia posiadających diagnozę autyzmu, a wtedy jeszcze autyzmu wczesnodziecięcego. Zacząłem do niego chodzić dopiero jako pięciolatek, bo do tego czasu nie mówiłem. Wydaje mi się, że brak mowy przed piątym rokiem życia niekoniecznie był spowodowany tym, że rzeczywiście nie umiałem mówić. Równie dobrze mogłem celowo nie mówić aż do momentu, kiedy nie uznałem mowy za koniecznej. Uważam tak dlatego, że wiele osób z autyzmem, nawet jeśli jest wstanie wykonać daną czynność, może uparcie nie wykonywać jej aż do ostateczności, a więc do momentu, kiedy będą widziały konieczność jej wykonania, a nie dlatego, bo ktoś ich tego uczył.
Przedszkole ogólnie wspominam bardzo dobrze, a już na pewno nie miałem wspomnień, o których bym mówił jak o traumatycznych, co nie znaczy, że nie było „wpadek”. Pamiętam na przykład jak uderzyłem w plecy koleżankę tylko dlatego, że nakryła mnie na wyjmowaniu z jej szafki komiksu „Kaczor Donald”, co doprowadziło ją do płaczu. Irracjonalna reakcja, prawda? Nie dość, że bić kogoś, to jeszcze za to, że zostałeś przyłapany na gorącym uczynku. Innym razem zdjąłem z warkocza innej dziewczynki gumkę, bo bardzo chciałem zobaczyć jak wygląda w rozpuszczonych włosach. Nie wpadłem wówczas na to, że powinienem się zapytać, czy może sama rozpuścić włosy. W ogóle to był mój okres wręcz obsesyjnej fascynacji włosami u dziewczyn. Wtedy deklarowałem, że zostanę fryzjerem. Doszło nawet do tego, że… obciąłem na krótko włosy lalkom Barbie w gabinecie pani psycholożki, do której wówczas chodziłem, w pewnej warszawskiej przychodni, gdzie zresztą otrzymałem diagnozę autyzmu. Mama mi przypomniała, że obciąłem też włosy lalce Barbie należącej do córki jej koleżanki i była niezła afera, bo wtedy takie lalki były dość drogie.
Można śmiało powiedzieć, że już wtedy wykazywałem zachowania, które jeszcze jakiś czas temu określano jako „zachowania trudne” w kontekście osób w spektrum autyzmu.

Przedszkola nie pamiętam zbyt dobrze, więc od razu przejdę do szkoły podstawowej, która również była integracyjna. Działo się więcej i więcej pamiętam. Raz ją kochałem, raz nienawidziłem, ale ogólnie wspominam ją ciepło, w dodatku z wzajemnością. Kiedy zacząłem II klasę, pojawiło się w tym samym budynku gimnazjum, do którego też chodziłem, więc w związku z tym będę mówić i o podstawówce, i gimnazjum jak o jednym okresie mojej edukacji.
Najlepiej wspominam pierwsze trzy klasy. Powód był prosty – błyszczałem. Najlepsze oceny, również z matematyki, którą z czasem przestałem darzyć sympatią. Świadectwa z czerwonymi paskami w moim wypadku były wręcz pozycją obowiązkową. Nie narzekałem na brak kolegów i koleżanek. Zarówno byłem zapraszany na urodziny, jak i sam na nie zapraszałem. Wspominam o tym choćby dlatego, że wiele osób z autyzmem niestety nie może tego samego powiedzieć, co jest bardzo przykre. Ja akurat w swojej klasie byłem szczęśliwy, o braku traum już nie wspominając.

Były jednak też sygnały, że „coś może być ze mną nie tak”. Na przykład pamiętam, jak wówczas zastanawiało mnie dlaczego właściwie tylko ja płynnie czytam na głos, tj. jak dorośli podczas, gdy reszta klasy zacinała się, jąkała, przejęzyczała się, itp. Miałem już wtedy pierwsze objawy współistniejącego z moim autyzmem OCD, o czym nie wiedziałem, ani nawet moi rodzice nie wiedzieli, bo póki co miałem jedynie diagnozę autyzmu. Jednak właśnie tzw. zespół natręctw sprawił, że zacząłem nieco inaczej się postrzegać. Do dziś pamiętam jak byłem w stanie przy dzieciach w szkole zdjąć spodnie „bez powodu”, co wywołało lawinę śmiechu. To była na szczęście jednorazowa sytuacja, bo wstyd w tym konkretnym przypadku musiał być silniejszy. Innym razem, już poza szkołą, jeżeli wierzyć mojemu bratu, miałem korzystać razem z nim z pisuaru, z tym że ja miałem gacie opuszczone do dołu, a jak dobrze wiecie, nikt z pisuaru tak nie korzysta. Ponownie! Jednorazowa sytuacja, która spowodowała, że po dzisiejszy dzień korzystam tylko z kabin, bo opuszczenie spodni i gaci do dołu uważam za konieczne ze względu na moje OCD. Dodajmy jeszcze wydłużony czas ubierania się, bo zakładanie bielizny w moim wypadku to był horror zarówno dla mnie, jak i pozostałych domowników. Wydłużony czas korzystania z toalety powodowanym dodatkowymi czynnościami, które dla „zwykłych śmiertelników” były zbędne, ale nie dla mnie. Wreszcie najgorsze natręctwo – konieczność poprawiania bielizny w charakterystyczny sposób, co wyglądało na tyle osobliwie, że powodowało automatyczny ochrzan od mamy z każdym razem, gdy to widziała. Przypomnę tylko, że ona sama o OCD również nic jeszcze wtedy nie wiedziała, co przynajmniej częściowo usprawiedliwiało jej ówczesne reakcje.
„Sssssyk!”
Czyli dlaczego dzieciaki miały ze mnie bekę.
W podstawówce miałem też pewien problem, który trwał przynajmniej kilka lat. Nie pamiętam jak to się dokładnie zaczęło, ale… zaczęło się niewinne. Jakiś chłopak z innej klasy zaczął na mnie syczeć. Nie pamiętam z jakiego powodu. Przyjmijmy, że celem od samego początku było „dowalenie” mi, tym bardziej, że potem nie było wątpliwości, że to było celem. No, ale właśnie, jakie „potem”? Bo potem, jak jakaś epidemia, coraz więcej dzieciaków za wyjątkiem tych z mojej klasy, to robiło. A dlaczego? Bo wiedzieli, że zacznę je gonić, a że i tak ich nie doganiałem, czuli się bezpieczni i bezkarni. Oczywiście dostałem radę w stylu „Nie reaguj, to przestaną”. O ile dobrze pamiętam, nie do końca się do tej rady zastosowałem, co tłumaczy, dlaczego tego typu nękanie mnie trwało tak długo. W końcu jednak zdałem sobie sprawę, że brak reakcji to najlepsza reakcja i choć nie od razu, to opisywany przeze mnie problem w końcu zniknął.
Kolejne klasy podstawówki i gimnazjum
Czyli „No i zaczęło się”.
Od IV klasy coś zaczęło się jakby psuć. Pojawiła się kolejna – nowa wychowawczyni, Pani Sylwia. Z perspektywy czasu nic do niej nie mam, ale gdy ją poznawałem… Rety! Strasznie nienawidziłem jej głosu. U mnie jednak to wystarczało, aby nie lubić samej Pani Sylwii. Nazywałem ją „torturą”. Tak, tylko z powodu jej głosu. Nie obchodziło mnie, a wręcz nie zwracałem uwagi na to, że nikt inny nie miał z tą wychowawczynią problemów, a już na pewno nie takiego. Pewnego razu doprowadziłem do sytuacji, gdzie Pani Sylwia była zmuszona wstawić mi tzw. uwagę. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Bartek na lekcji powiedział do mnie „Ty wstrętna torturo! Wynoś się z mojego życia!”. Teraz to mam bekę, ale wtedy nikomu do śmiechu nie było.
IV klasa była też przełomem pod tym względem, że… zaproponowano mi nauczanie indywidualne. Przypomnijmy, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem OzN, a właśnie z tego powodu takowe nauczanie mi przysługiwało, ale… zgodziłem się, bo jak dowiedziałem się, że zamiast siedzieć w hałaśliwej klasie, na co się wówczas skarżyłem, będę w sali sam na sam z nauczycielem od danego przedmiotu, uznałem to za wybawienie. Od V klasy do samego końca mojej edukacji miałem tego typu nauczanie. W moim wypadku to było bardzo dobre rozwiązanie, a w liceum, gdzie prawie nie miałem kolegów i koleżanek wśród młodzieży wręcz idealne.
Teraz mówi się, że szkoła jako taka jest niestety na tyle nieprzyjazna dzieciom z autyzmem, że ich rodzice nawet nie decydują się na nauczanie indywidualne, a na nauczanie domowe, w obawie przed prześladowaniem ze strony rówieśników. Jest to bardzo przykre i pokazuje, jak długą drogę polskie szkoły mają do przebycia, aby mogły zapewnić takim dzieciom wystarczające wsparcie. Wciąż czekamy na zmiany…
Kolejne problemy pojawiły się, w gimnazjum (obecne klasy VII-VIII i I klasa liceum). Nauka nie szła mi źle, ale na pewno nie tak gładko, jak na początku podstawówki, a matematyki to już w ogóle nienawidziłem. Spowodowało to, że nie lubiłem ówczesnej pani od matematyki, Pani Justyny… i jak nadarzyła się okazja, to wręcz ostentacyjnie demonstrowałem jak bardzo. Przykład: Pani Justyna stawia mi na moich oczach jedynkę, a ja pod tą oceną od razu piszę pod adresem nauczycielki ubliżający komentarz i naturalnie pogarszam sprawę, bo „zarabiam” jeszcze uwagę za obrażenie nauczyciela. Inne rzeczy, które zapamiętałem to, że na moje błędy zdawało się Pani Justynie reagować charakterystycznym opadnięciem twarzą na biurko, przed którym ze mną siedziała, a w skrajnych wypadkach i krzyknąć na mnie potrafiła…, ale żeby nie było, że nie ma happy endu. Po latach ja i Pani Justyna możemy się teraz z tego śmiać i dzisiaj żadnej spiny między nami nie ma.
Pani Ania
Obiecałem sobie, że zarezerwuję osobny wątek dla kobiety, która w mojej szkole wręcz zrobiła mi dzieciństwo. Miałem psycholożkę o imieniu Ania i była cudowna. Sekret polegał na tym, że ja i inne dzieciaki nie miały u niej zajęć, czy terapii w klasycznym tego słowa rozumieniu, a po prostu świetnie się bawiły. Pani Ania, jak tylko mogła, zawsze miała słodycze. Była przemiłą osobą. Nigdy nie krzyczała i mówiąc „nigdy” właśnie to mam na myśli. Przyznam, że najbardziej się ucieszyłem, gdy u Pani Ani pojawił się komputer. Co prawda już wtedy ogarniałem, że chodzi słabo i mógł być zdecydowanie lepszy niż był, ale to czy tamto jeszcze umożliwiał, więc i tak byłem zadowolony. Z perspektywy czasu, wiem, że chodziłem jednak do psycholożki, a nie do komputera, chociaż wtedy mógłbym stwierdzić inaczej. Pamiętam jakim ciosem dla mnie była wieść o tym, że z końcem mojej VI klasy Pani Ania odejdzie, bo zmienia pracę. Naturalnie chciałem, aby była cały czas. Koniec końców w gimnazjum, choć było w tym samym budynku, a gabinet był ten sam, miałem innych psychologów. Psychologów, bo z tego co wiem, były dwie psycholożki i jeden psycholog. Nie pamiętam ich imion. Imię Pani Ani wciąż pamiętam.
Moim skromnym zdaniem taka Pani Ania powinna być w każdej szkole. Wiem, że z nią ja i dzieci ze szkoły, do której chodziłem były szczęściarzami na tle większości szkół, bo jeżeli chodzi o dzieci ze specjalnymi potrzebami, m.in. te z autyzmem, delikatnie mówiąc nie mamy czym się chwalić…
Nareszcie wiem, że mam… „Aspergera”
Kolejny przełom podczas mojej nauki w gimnazjum nastąpił w jej II klasie (obecna VIII klasa podstawówki), na krótko przed moimi szesnastymi urodzinami. Mama zdecydowała powiedzieć mi, że… mam zespół Aspergera.
Tutaj pewna uwaga, bo sam termin bardzo źle się zestarzał i obecnie od niego odchodzimy na rzecz „spektrum autyzmu”. Ja wiem, że wiele ludzi jeszcze mówi o „zespole Aspergera”, ale jako samorzecznik osób z autyzmem, czuję się niejako zobowiązany do powiedzenia, że zespół Aspergera, autyzm wczesnodziecięcy (tą diagnozę miałem jeszcze przed Aspergerem), autyzm atypowy, zespół Retta, itp. obecnie przestają być formalnie stosowane jako odrębna diagnoza, choćby dlatego, że to bardziej komplikuje i tak już niełatwy temat. W samym „zespole Aspergera” jest taka różnorodność, że wyodrębnianie tego pod tą, czy inną nazwą, jakby mija się z celem, a na dodatek sprzyja stereotypom takim jak nieszczęsny geniusz i to najlepiej matematyczny. Jak słyszę „On/ona ma autyzm i zespół Aspergera”, to mnie skręca w żołądku, bo ja chociaż wiem, że to masło maślane.
Oficjalnie wciąż mam zespół Aspergera, ale jak ICD-11 zacznie obowiązywać w Polsce już na dobre, będzie tylko i wyłącznie spektrum autyzmu. Póki co, z tego właśnie powodu już teraz mówię, że mam spektrum autyzmu lub po prostu autyzm.
Wracając do momentu, kiedy usłyszałem o mającym jeszcze wówczas sens zespole Aspergera. Poczułem radość i ulgę, bo już wiedziałem, że „coś jest ze mną nie tak”, ale nie umiałem tego nazwać. Inna sprawa, że takie myślenie o sobie było spowodowane nie tyle autyzmem, co OCD, o którym, jak wcześniej mówiłem, moi rodzice jeszcze nie wiedzieli. Temat tzw. nerwicy natręctw poruszę w dalszym ciągu.
Liceum, czyli najgorszy etap mojej edukacji
Liceum ogólnokształcące było jedyną placówką do której chodziłem, a nie była integracyjna, co z perspektywy czasu nie wpłynęło na mnie pozytywnie, do czego zresztą zaraz dojdę. To, że dalej miałem nauczanie indywidualne zawdzięczam klasie o profilu integracyjnym. W liceum czułem się dość obco. Miałem wrażenie, że dogaduję się tylko z nauczycielami i to nie wszystkimi. Zresztą ze strony jednego z nich spotkała mnie przykrość, co ma związek z moim OCD, ale wtedy nikt, w tym ja, o tym nie wiedział. Inaczej nieporozumienie można byłoby zdusić w zarodku, a tak…
Jak już wspominałem w części o podstawówce, miałem tendencje do poprawiania bielizny w sposób, który, niestety, wyglądał dwuznacznie. Zacząłem nawet z czasem śmiać się z tego mówiąc, że zachowywałem się jak Michael Jackson na scenie, ale wtedy zupełnie nie było do śmiechu. I był w liceum moment, gdzie robiłem tak przy nauczycielu/ce, a o kogo dokładnie chodziło, ja się nigdy nie dowiedziałem. Ten nauczyciel/ka uznał/a, że zamiast powiedzieć mi wprost, że coś w moim zachowaniu go/ją niepokoi, postanowił/a bez mojej wiedzy zadzwonić do mojej mamy. To zachowanie było tym bardziej nie w porządku wobec mnie, że nie byłem już chłopcem, a nastolatkiem u progu dorosłości. Mama oczywiście nie usłyszała o żadnym OCD, tylko o pewnej czynności na literę „m”, co było nieprawdą, no ale przecież nauczyciel/ka „wiedział/a lepiej”, niż ja, co robiłem. W domu wybuchła karczemna awantura, a ja ze łzami krzyczałem, że to, to nie było to, tylko było mi po prostu niewygodnie. Powiem tak. To chyba cud, że nikt ze szkoły nie wezwał do mnie policji!
Mówię o tym ku przestrodze, aby osoby pracujące w szkołach wiedziały, jak NIE rozwiązywać tego typu dylematów. Pomijam już brak jakiejkolwiek wiedzy o OCD i autyzmie, a przynajmniej wątpię, aby ten/ta nauczyciel/ka nią dysponował/a.
Jak już mówiłem, nie miałem w liceum żadnych kolegów i koleżanek. Wyjątek stanowiła pewna dziewczyna z niepełnosprawnością ruchową, z którą co jakiś czas gadałem na przerwach i była po prostu spoko. Kiedy ją poznałem, była już w drugiej klasie liceum, więc jak tylko zacząłem klasę maturalną, nie było już po niej śladu i figurowała na liście absolwentów szkoły.
Poza tym unikałem młodzieży jak ognia. Nie podobało mi się, że zdecydowana większość ówczesnych nastolatków paliła (ja nie palę aż po dziś dzień) i przeklinała. Nie chodzi mi o to, że ja w ogóle nie przeklinam, ale przynajmniej robię to tylko wtedy, gdy zostanę przez coś lub kogoś wyprowadzony z równowagi. U licealistów przeklinanie było bezwiedne i z uśmiechem na ustach, jakby rozmawiali o pogodzie. W ich przypadku przekleństwa robiły za przecinki w zdaniach, jakie wypowiadali.
Liceum wspominam nie najlepiej również z powodu zaczepek, bo tak – byłem zaczepiany. Miałem „kolegę”, który nazywał mnie „pszczółką”. Początkowo nie wiedziałem z jakiego powodu, ale nie podobało mi się to, tym bardziej, że jednocześnie udawał miłego, choć z tym udawaniem to się w sumie nawet nie starał, a był po prostu wnerwiający. Jak pokazywałem mu środkowy palec, aby dać mu do zrozumienia, co myślę o jego zaczepkach, ten się tylko śmiał. Dopiero po jakimś czasie wpadłem na to, że być może jestem nazywany „pszczółką”, bo musiał zauważyć na szkolnym korytarzu jak ja… „wyję”. Była to tzw. autostymulacja, którą stosowałem, aby „odciąć się” od świata zewnętrznego i skupić stricte na sobie i swoich myślach. Zagłuszałem „wyciem” otoczenie. To miało miejsce długi czas, właściwie całe moje dzieciństwo i okres dorastania. Potem to zanikło i całe szczęście. W każdym razie podejrzewam, że to mogła być przyczyna nękania ze strony mojego „kolegi” z liceum.
Pamiętam również pewien dramat związany z byciem zaczepianym przez grupkę innych licealistów, gdy siedziałem w pokoju, gdzie miałem nauczanie indywidualne podczas przerwy i chciałem, aby sobie poszli. Postanowiłem wówczas wezwać policję i ta przyjechała. Nie pamiętam już swojej rozmowy z policjantem i jak zareagował na powód wezwania go do szkoły, ale pamiętam reakcję taty, jak mu o tym opowiedziałem. Mianowicie dostał szału. Byłem chyba wtedy nawet zły na niego, bo naturalnie uważałem, że należy mi się wsparcie, a nie ochrzan.
Od drugiej klasy liceum aż do końca miałem nauczycielkę historii, wówczas młodą kobietę, która niby była miła i sympatyczna. Miałem z nią jednak pewien problem. Za każdym, ale to za każdym razem jak zadawała mi pracę domową, miała przykry zwyczaj mówienia mi, że jak jej nie zrobię, dostanę jedynkę. Mówiła to jednocześnie niemalże z uśmiechem na ustach. Nie ważne, że ja te prace odrabiałem. Formułka wciąż pozostawała taka sama. Uważałem nauczycielkę za bezczelną i nie byłem w stanie jej polubić. Jednocześnie nie byłem na tyle asertywny, aby poprosić ją, aby przestała takie formułki o jedynkach za brak pracy domowej wygłaszać, bo sobie ich po prostu nie życzę. Teraz może bym się zachował inaczej, ale wtedy zabrakło mi odwagi i było mi po prostu głupio.
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że gdyby liceum było integracyjne, a nie miało tylko jedną klasę o takim profilu, mogłoby być dla mnie lepszym miejscem. Może położono by wówczas większy nacisk na wspieranie takich osób jak ja. Mogę się tylko domyślać.
Rodzina dowiaduje się, że mam OCD i rozpoczynam farmakoterapię
Pamiętam, że zanim mama dowiedziała się o czymś takim jak zespół natręctw, chodziłem na konsultacje do lekarki z pewnej poradni, która zajmowała się osobami z autyzmem. W tym czasie miałem również rozmowy, gdzie mi zadawano konkretne pytania. Nie wiem, czy akurat tej lekarce udzieliłem takiej odpowiedzi, czy innej, bo tamta zajmowała się tylko dziećmi i młodzieżą, a wkrótce stałem się pełnoletni i musiałem zmienić lekarza. W każdym razie mówiłem o tzw. natrętnych myślach, bo również takie miałem problemy. Do dziś pamiętam przykład jaki wtedy podałem, a który okazał się jednym z dowodów na to, że mam OCD. „Przykładowo widzę w piśmie Nicole Kidman, albo o niej pomyślę… Nie ważne! Mimochodem mam myśl w stylu »Muszę zabić Nicole Kidman«. Tak bezwiednie, choć wcale nie chciałem tak pomyśleć”.
Jak ja i mama wreszcie dowiedzieliśmy się, że mam również OCD, mogłem zacząć farmakoterapię (nie w celu wyleczenia rzecz jasna, a złagodzenia objawów), która trwa do dziś. Przez dłuższy czas zmieniano mi leki, aż do konfiguracji, którą mam dzisiaj i „jeżdżę na niej” już mniej więcej dziesięć lat. Nie ma porównania z tym, co było w podstawówce i liceum, a tym co jest teraz. Długie ubieranie się i korzystanie z toalety jest już historią.
Klasa maturalna
Klasa maturalna była… ciężka. Na domiar złego, po dwudziestu pięciu latach matematyka stała się obowiązkowa. Akurat wtedy, kiedy m.in. ja miałem zdawać maturę! Poza tym, że matematyki raczej nie lubiłem, w poprzednich klasach liceum miałem niekompetentnego nauczyciela od tego przedmiotu, który nawet jej nie uczył. Dawał mi tylko jakieś wydruki i … nie robił ze mną nic poza siedzeniem na czterech literach. Ten sam nauczyciel „uczył” mnie również fizyki, ale ona przynajmniej nie była wymagana na maturze. W każdym razie ponieważ nie zależało mi ani na matematyce, ani tym bardziej na fizyce, nic sobie z tego pseudo nauczania nie robiłem. Problem zaczął się, gdy matematyka miała być znowu obowiązkowa na maturze, do której również i ja miałem podchodzić. Mama wiedziała, że w rzeczywistości nie byłem tego przedmiotu uczony i z tego co pamiętam, to ona zadbała, aby w klasie maturalnej pojawiła się osoba, która faktycznie będzie jej uczyć i jednocześnie zrobi wszystko, aby mnie do matury z tego przedmiotu przygotować. Dlatego miałem w ostatniej klasie liceum nową panią od matematyki. Efekt? Nieco ponad wymagany próg 30% z matmy, ale zdałem.
Dopadł mnie również kryzys i w pewnym momencie nie chciałem w ogóle podchodzić do matury. Nie pomagał fakt, że początkowo chciałem zdawać jako przedmiot dodatkowy historię sztuki tylko po to, aby się z tego wycofać, ku niezadowoleniu mamy. Ostatecznie miałem same obowiązkowe przedmioty. Maturę zdałem, choć mama mówiła, że mam słabą. W skrócie. Angielski – super, polski – średnio, no i creme de la creme w postaci ledwo zdanej matmy.
Polska szkoła nie radzi sobie z innością
W okresie mojej edukacji zarówno autyzm, jak i OCD utrudniało mi życie. Co prawda wszyscy w placówkach, do których uczęszczałem, dostawali info o mnie, że mam autyzm, ale fajnie by było, żeby te same osoby wiedziały cokolwiek o samym OCD, nawet taką prostą rzecz, że w ogóle istnieje coś takiego, to może by się czegoś domyślili, zaczęli coś podejrzewać – a tak ja i rodzina zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Ja przetrwałem jako jedna z nielicznych osób w spektrum autyzmu ze swojego pokolenia, ale patrząc na to, co się dzieje teraz, obawiam się, że obecnie w szkołach jest niewiele lepiej, o ile możemy w ogóle mówić, że jest lepiej. Zastanawiam się, czy nie jest wręcz gorzej. Mam przykre wrażenie, że potrzeby dzieci neuroróżnorodnych, z własnymi potrzebami są w najlepszym razie ignorowane. Dzieciaki mają być jak reszta, bo jakakolwiek inność może sprawić pozostałym kłopot. Jednocześnie o trudnościach „odmieńca” się nie myśli. On sam jest „problemem” i to na tyle poważnym, że przykładowo pewnej mamie ucznia z autyzmem, kazano przyjeżdżać po niego do szkoły pod groźbą wezwania do niego karetki i zamknięcia go na oddziale psychiatrycznym. Efekt? Zrozpaczona kobieta niemalże histeryzuje na TikToku, a jej syn ma traumę. Obecnie chłopiec uczy się w domu… i to jest tylko jeden przykład. Jak wiele jest tego typu przypadków, można się domyślać. Ile matek i ojców musi jeszcze przeżywać takie, czy inne horrory już o ich dzieciach nie wspominając, bo głównie im dzieje się krzywda.
Uwielbiam mem „Nie obchodzi mnie kto zaczął. Macie się przeprosić”, bo obnaża niewiedzę i bezradność wychowawców i nauczycieli z polskich szkół, ale sam mem nie sprawi, że coś się „ruszy” w temacie. Sytuacja samych nauczycieli też jest bardzo słaba. Jeszcze stosunkowo niedawno dowiedziałem się o kolejnym strajku nauczycieli. Te protesty wynikają z faktu, że aby zostać nauczycielem w tym kraju, poza samym powołaniem trzeba „spać na pieniądzach”, bo z pensji oferowanej przez tylko sam zawód przeżyć się nie da, a wszyscy wiedzą, że to nie zachęca do podnoszenia kwalifikacji.
Może i będę musiał mówić o tym wszystkim aż do znudzenia, ale jak mnie przygotowywano do roli samorzecznika, powiedziano mi, że samorzecznicy mają próbować, aż do skutku. Jeżeli zmiana nie zadzieje się teraz, to ponawiać próbę i nie tracić nadziei na to, że to się w końcu zadzieje, choćby dopiero za tysięcznym pierwszym podejściem. Inaczej całe to samorzecznictwo nie miałoby sensu. Chcę wierzyć, że ma. To moja przyszłość.




